Wczorajszy artykuł w Dużym Formacie Gazety Wyborczej. Szczególnie polecam:

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski

Zrzut ekranu 2015-06-12 o 17.25.55

CYKL REPORTERSKI „OSACZENI PRZEZ TABLOID”.

Gdyby nie to, że mama wtedy jeszcze żyła, to popełniłabym samobójstwo po przeczytaniu tego tekstu.

23 marca 2006 roku, Warszawa, aleja Szucha i Saska Kępa

Dwudziestoczteroletnia Aneta Mrugała – studentka dyplomacji i praktykantka w gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych – od rana drukuje i kopiuje dokumenty dla oficjeli, którzy właśnie zjeżdżają na konferencję w sprawie polskiej prezydencji w Europejskiej Grupie do spraw Walki z Narkotykami. Narkotyki to nie jest jej kłopot. Jej problem to bulimia, która od czasu aresztowania matki weszła w ostrą fazę. Choć patrząc na tę drobną szatynkę, mało kto by uwierzył, że potrafi wepchnąć w siebie kilka kilogramów słodyczy naraz.

Dochodzi południe. Śnieg na alei Szucha zmienia się w szarą maź. Jeszcze bindowanie i koniec. Komórka brzęczy, gdy Aneta chce odejść od kserokopiarki. Babka Lidia dzwoni z rodzinnego Buska-Zdroju i pyta wnuczkę, czy widziała dzisiejszy „Super Express”. Oczywiście, że nie widziała. Nie kupuje tabloidów.

– Twoja matka tego nie przeżyje.

– Czego nie przeżyje? – Aneta nie rozumie.

Kiedy Lidia kończy opowiadać, wnuczka musi się powstrzymać, by nie klęknąć na popielatej wykładzinie i nie zwymiotować. Jest spocona. W ciągu niespełna dwóch minut świeżo wyprana i wyprasowana bluzka przykleiła jej się do pleców. Niemal po omacku idzie do ubikacji.

„Superaka” kupuje w spożywczym na Saskiej Kępie i czyta dopiero po powrocie do wynajętego mieszkania przy ulicy Egipskiej. Ogromny nagłówek artykułu o jej rodzinie zapisano w trzech rzędach, a i tak ledwo mieści się na dwóch środkowych kolumnach gazety. W prawym rogu zdjęcie legitymacyjne zabitego ojca. Poniżej – tata i mama razem, uśmiechnięci, trzymają się pod rękę. On w ciemnozielonym garniturze i pod krawatem. Ona – w szarej sukience.

Aneta: – Poznałam to zdjęcie. Pochodziło z jakiejś naszej rodzinnej uroczystości, na której na pewno byłam jako dziecko. Z jakiej? Tego nie mogłam sobie przypomnieć. Za bardzo byłam przerażona, że w środku Warszawy widzę czarno na białym naszą straszną buską historię. Że ona się wymknęła. I teraz dotrze do wszystkich w całej Polsce.

– Nie daruję wam tego, skurwysyny! – dziewczyna krzyczy do własnego odbicia w oknie. – Zapłacicie mi jeszcze!

Idzie do kuchni i zaczyna wyjmować jedzenie z lodówki. „Superak” leży ciśnięty na podłogę. Artykuł zamieszczony na stronach 10-11 jest dość krótki:

„By zdobyć dom, kazała zamordować swojego męża”.

„Zagadka głośnego zabójstwa Krzysztofa M [rugały], właściciela kantoru w Busku-Zdroju, została rozwiązana. – Policja ustaliła, że nie był to mord rabunkowy, ale zabójstwo na zlecenie! Kilerów wynajęła była żona ofiary. Poszło o majątek. (…) Krzysztof M. zaczął dorabiać się w latach 80. Wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę. Z początkiem lat 90. otworzył pierwszy kantor, potem drugi (…) Ale małżeństwo przestało się dogadywać. Byli razem, ale wyglądało, że niewiele ich łączy. W 2002 roku do sądu trafia pozew o rozwód. Krzysztof M. wyjeżdża na wypoczynek. Wtedy z jego konta znika 50 tys. dolarów i 400 tys. złotych. Krzysztof M. wini żonę. Dlatego po rozwodzie ani myśli dzielić się pozostałym majątkiem. W pięknej willi mieszka z przyjaciółką Barbarą. I wtedy ginie. Kilka dni później była żona wyrzuca Barbarę z domu i sama się tam wprowadza. Prowadzącej [własny] kantor Dorocie M. (45 lat) prokuratura zarzuca zlecenie obrabowania i zabicia Krzysztofa M. Policja ma mocne dowody. Za podżeganie do zabójstwa grozi dożywocie”.

Koniec artykułu. Obok tekstu gazeta reprodukuje zdjęcie garażu, przed którym zginął kantorowiec, i front buskiej willi Mrugałów z pięciokątną wieżą wyglądającą jak scenografia do gotyckiego horroru. Podpis: „Ten dom stał się przyczyną tragedii”.

23 września 2006 roku, Busko-Zdrój

– Czy pani jest Aneta Mrugała? Córka Doroty Mrugały? – funkcjonariusz z kieleckiego aresztu, który przed chwilą się przedstawił, zadaje pytania drewnianym głosem. Jest sobota, pierwszy dzień jesieni, pełen słońca i długich cieni rzucanych przez wciąż zielone drzewa przy ulicy Korczaka w Busku. Aneta i jej młodsza siostra Bożena siedzą w salonie rodzinnej willi ze spiczastą wieżą. Bożena szykuje sobie obfity obiad. Zajada stres podobnie jak jej siostra.

– Pani Dorota Mrugała miała zawał serca – mówi strażnik. – Została zabrana do szpitala w Kielcach.

– Jaki zawał? Moja mama? To chyba pomyłka. Do jakiego szpitala? Mama jest w więzieniu.

– Już nie jest. – Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki pozostaje spokojny i obojętny. – Powinna pani chyba pojechać na Grunwaldzką. Trzeba mieć ze sobą dokumenty.

Lata 2011 i 2012. Kraków i Warszawa

Pomysł pozwania „Super Expressu”, który przemknął przez głowę Anety już tego wieczora, gdy w wynajętym mieszkaniu na Saskiej Kępie po raz pierwszy przeczytała fatalny artykuł, zaczyna wreszcie dojrzewać. Bożena też jest za procesem. Decydują się zatrudnić krakowskiego adwokata Macieja Klisia, który uchodzi za ostrego gracza. Z siostrami spotyka się w swym eleganckim gabinecie, pod wielkim zdjęciem mostu Brooklyńskiego. Opowiadają na zmianę, co się u nich działo od czasu śmierci matki: wspominają o bulimii, leczeniu psychiatrycznym, terapiach, nieudanych związkach, przerwanych studiach. Adwokat słucha, notuje wybrane kwestie w dużym zeszycie, ostrzega, że proces cywilny może być długi i na pewno odrze obie kobiety z resztek prywatności. Siostry deklarują gotowość na wszystko – to słowa Bożeny.

W styczniu 2012 roku Maciej Kliś kieruje do stołecznego sądu okręgowego pozew „o zapłatę zadośćuczynienia z tytułu naruszenia dóbr osobistych”. Żąda 4 milionów złotych za mylne opisanie niewinnej Doroty Mrugały jako sprawczyni mordu i za złamanie życia jej córek – sierot.

W imieniu „SE” odpowiada mecenas Artur Wdowczyk – fachowiec od obalania pozwów ze strony zniesławionych bohaterów artykułów i fotografii. Broni między innymi redaktorów naczelnych „Faktu” i „SE”. Najgłośniejszym procesem, jaki prowadził dla „Superaka”, był sądowy spór z Dorotą Rabczewską, czyli „Dodą”, i jej menedżerką Mają Sablewską.

„Super Express” opublikował zdjęcie celebrytki w długiej kremowej sukni z pięknym gorsetem i bardzo wysokim rozcięciem wzdłuż uda. Dla słabiej widzących – już tradycyjnie – redakcja przygotowała osobną fotografię z maksymalnym powiększeniem strefy intymnej. A tam – w rozcięciu powłóczystej szaty – widać było wygolony rowek między udem i wzgórkiem Wenery. Podpis informował wprost: „Doda pojawiła się na gali rozdania nagród Telekamery bez bielizny”.

Piosenkarka, która utrzymywała, że majtki na sobie miała, a zdjęcie zostało komputerowo przerobione, wytoczyła gazecie proces cywilny, domagając się 100 tysięcy. Po roku warszawski sąd okręgowy nakazał wydawcy tabloidu przeprosiny oraz wypłatę 25 tysięcy zadośćuczynienia. Sędziowie nie stwierdzili złośliwych ingerencji w fotografię. Uznali, że sam podpis obraża powódkę wystarczająco.

W tym momencie wkroczył mecenas Wdowczyk. W imieniu „SE” wytoczył Dodzie oraz jej promotorce proces za „niezgodne z prawdą oskarżenie o przerobienie wizerunku za pomocą fotomontażu”. Doda – teraz jako pozwana – próbowała dowieść, że fotoedytor pracujący dla „SE” jednak wyretuszował majtki podczas obróbki komputerowej. Na dowód pokazała inne zdjęcia z gali Telekamer – tam widać było bieliznę. Mecenas Wdowczyk przegrał spór w pierwszej instancji, ale w drugiej – wygrał. Wykazał, iż agencja fotograficzna, od której redakcja kupiła zdjęcia, obróbce zaprzecza. Zatem „Superak” wydrukował materiał w dobrej wierze. Tymczasem „Doda” i Sablewska sformułowanymi publicznie zarzutami o fałszowanie zdjęć „ewidentnie naruszyły dobra redakcji”.

Sąd apelacyjny nakazał gwieździe i jej menedżerce zamieszczenie w „SE” przeprosin na pół kolumny.

Teraz – w starciu z siostrami – adwokat Wdowczyk broni zasadności decyzji o wydrukowaniu tekstu „By zdobyć dom…”.

„Dziennikarz korzystał z oficjalnych informacji policji. Opisywany stan rzeczy był na dzień publikacji zgodny z ustaleniami faktycznymi. (…) Publikacja ma charakter informacyjny, a informacje w niej przedstawione pochodzą z oficjalnych źródeł”.

Pierwsza rozprawa Kliś – Wdowczyk czy raczej siostry Mrugały – „Super Express” odbywa się w lipcu 2012 roku. Przewodniczy sędzia Rafał Wagner reprezentujący wydział cywilny stołecznego sądu okręgowego.

Jako świadek zeznaje autor artykułu Mirosław Koźmin. Wie już, że Dorota Mrugała – pośmiertnie – została uwolniona od podejrzeń o zlecenie zabicia męża.

– Wersji pani Doroty nie przedstawiłem, bo siedziała w areszcie i nie było do niej dostępu. Nie poczuwam się do winy, nie zamierzam przepraszać ani pani Anety, ani pani Bożeny Mrugały. To wszystko, co mam do powiedzenia.

Na kolejnym posiedzeniu brak reprezentanta tabloidu. Zdenerwowana Bożena pyta mecenasa Klisia, co to oznacza. Pełnomocnik tłumaczy, że być może Wdowczyk uznał, iż argumenty strony pozwanej zostały przedstawione w pismach przedprocesowych oraz w zeznaniu dziennikarza – i „Super Express” nie ma już nic do dodania. W duchu liczy na coś innego: jego zabiegany przeciwnik, który prowadzi obecnie kilkanaście spraw między tabloidami a celebrytami i politykami, mógł po prostu przeoczyć termin rozprawy.

Jeżeli tak – tym lepiej.

Zrzut ekranu 2015-06-12 o 17.33.42

Do dużej sali, w której na razie siedzą tylko siostry, mecenas Kliś, sędzia i młoda protokolantka, wchodzi po kolei 14 świadków strony powodowej. Jest babka Lidia, jest siostra Doroty fryzjerka Małgorzata, a także całe grono ciotek – prawdziwych i przyszywanych. Przybyli również profesor Bogdan Grzeloński, dyplomata i promotor pracy magisterskiej Anety, oraz Łukasz, jej partner. Część zeznających po przesłuchaniu wychodzi, większość siada w ławkach dla publiczności i przysłuchuje się przebiegowi wokandy do końca.

– Gdy jeździliśmy razem do Buska-Zdroju w sprawie sprzedaży domu, dawała się wyczuć zła atmosfera wokół mojej partnerki. Ludzie się oglądali, wskazywali palcami, słyszałem same nieprzychylne komentarze – mówi Łukasz. – Pewnego razu, daty nie pamiętam, po powrocie na parking zauważyliśmy przebite opony w naszym aucie. Wymowa tego wandalizmu była oczywista, bo obok stały inne, podobnie zaparkowane auta, którym niczego nie zrobiono. Chodziło o Anetę. O to, by dać jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana jako córka morderczyni.

– Czytałem artykuł w tabloidzie, czytali go także inni wykładowcy na uczelni – zeznaje profesor. – Pracownicy ministerstwa przekazywali sobie nawzajem ten egzemplarz gazety. Koledzy z katedry pytali mnie wprost, czy w zaistniałej sytuacji nadal chcę opiekować się naukowo panną Mrugałą.

Zdaniem świadka artykuł przekreślił szansę Anety na pracę w dyplomacji.

Po wyjściu profesora młodsza siostra dostrzega w oczach sędziego zrozumienie, chociaż Wagner stara się nie obserwować dziewcząt. Zerka głównie na leżące przed nim akta, świadków, krakowskiego adwokata i czarnowłosą protokolantkę.

Wokanda trwa już prawie godzinę.

– Kiedy zobaczyłam artykuł, już sam tytuł był jak wyrok – zeznaje Marzena Surowiec, znajoma Doroty. – Na początku ciężko było wyjść na ulicę, by ktoś nie zaczepił i nie mówił, że jednak była winna. W czasie publikacji sprawa morderstwa już była trochę przygaszona w mieście. Po ukazaniu się artykułu znów każdy mówił, że to ona zabiła.

– Coś strasznego było tam napisane. – Babka Lidia garbi się za barierką dla świadków. Przed przyjściem do sądu odwiedziła fryzjera, umalowała usta i teraz nie wygląda na swoje 65 lat. Mówi wolno, z mozołem – to efekt połkniętych rano leków uspokajających. – Na widzeniu w areszcie córka pytała o ten artykuł, czy ludzie go bardzo czytają. Strasznie płakała. W Busku słyszałam pod moim adresem: „Idzie matka zabójczyni”.

Lidia zaczyna płakać. Wyciąga chusteczkę z torebki. Wyciera oczy i nos. Sędzia cierpliwie czeka.

– Do czasu artykułu dziewczynki lepiej dawały sobie radę – babka kontynuuje, patrząc to na sędziego, to na wnuczki. – Po artykule Bożenka na jakiś czas przestała chodzić do szkoły. Wszystkie informacje z tej gazety szybko rozeszły się też po Kielcach. Sąsiadki mnie pytały: „Lidzia, co ta twoja córka narobiła?”. Dla mnie artykuł był większym ciosem niż aresztowanie, bo wiedziałam, że z procesu Dorotka wyjdzie uniewinniona, a ci dziennikarze i tak ją skazali.

– Gdyby nie to, że mama wtedy jeszcze żyła, to popełniłabym samobójstwo po przeczytaniu tego tekstu – Bożena wstaje z ławki przeznaczonej dla reprezentantów stron i opiera się o wąską barierkę dla świadka na środku sali. Jest blada, ufarbowane na czarno włosy jeszcze to podkreślają. – Po artykule zostałyśmy z Anetą skreślone z otoczenia. Kontakty urywały się z dnia na dzień.

Jako ostatni głos zabiera mecenas Kliś. Głośno dziwi się, że na sali nie ma pełnomocnika gazety, choć w rzeczywistości jest z tego powodu zadowolony.

– Wysoki sądzie! Jestem oburzony lekceważącym podejściem pozwanego do sprawy…

Wystąpienie adwokata jest krótkie. Nie chce nużyć sądu powtarzaniem tego, co powiedziały same powódki i świadkowie. Intuicyjnie czuje, że szala Temidy przechyla się korzystnie.

Listopad 2012, Warszawa i Kraków

14 dni oczekiwania na werdykt to wielka próba nerwów dla obu sióstr. 8 listopada do sądu idzie tylko Aneta. Bożena i mecenas czekają w Krakowie pod telefonami. Dzień jest ciepły jak na tę porę roku – temperatura w stolicy przekracza 10 stopni. Aneta wchodzi po szerokich kamiennych stopniach wiodących na sądowy dziedziniec. Potem czeka przed brązowymi drzwiami niewielkiej sali na parterze. Protokolantka zaprasza ją do środka. Sędzia już jest na miejscu. Pomieszczenie wygląda dużo skromniej od tego, w którym odbywał się proces. Rafał Wagner, który w trakcie poprzednich wokand był śmiertelnie poważny, dziś wygląda na rozluźnionego. Chwilami się nawet uśmiecha. Uprzejmie wita Mrugałównę i dyktuje stenografistce krótkie orzeczenie.

Wydawca „Super Expressu” ma zapłacić siostrom 240 tysięcy złotych, a skarbowi państwa 12 tysięcy jako „pokrycie części opłaty od pozwu, od uiszczenia której powódki były zwolnione”.

Aneta: – Sędzia powiedział to jedno zdanie bardzo powoli, jakby chciał, żeby wszystko do mnie dotarło. Poczułam jednocześnie radość, ulgę, wdzięczność i siłę. Tego, co potem było mówione, nie zapamiętałam dokładnie. Było to coś na ten temat, że powinnyśmy się z Bożenką jakoś przełamać w stosunku do Buska. Dodał, że kwota odszkodowania jest niższa od naszych żądań, bo wynika z analizy innych zapłat w tego typu sprawach, i jeszcze coś o tym, że wyrok nie może mieć charakteru kary dla „Super Expressu”, bo polskie prawo tego nie przewiduje, a gdyby przewidywało, to może pieniądze byłyby nawet większe.

Styczeń – kwiecień 2013 roku, Kraków i Warszawa

– Halo? Dzień dobry. Z tej strony adwokat Maciej Kliś. Chciałem uprzejmie zapytać, czy zastałem mecenasa Wdowczyka.

Jest koniec stycznia, orzeczenie sędziego Wagnera w sprawie zadośćuczynienia – przez nikogo niezaskarżone – właśnie stało się prawomocne. Krakowski prawnik już wie, dlaczego reprezentant Media Express – Muratora nie złożył apelacji. I wie, że będzie miał dzisiaj wspaniały dzień. Jeden z tych, dla których warto pracować po kilkanaście godzin dziennie.

– Pan mecenas Wdowczyk akurat jest na spotkaniu. Czy mogę mu coś przekazać? – kobieta po drugiej stronie linii, sądząc po głosie, bardzo młoda, jest uprzedzająco grzeczna.

– Tak, będę bardzo wdzięczny za przekazanie, ponieważ to jest bardzo ważne… – Kliś położył obie nogi na biurku, prawą dłonią okręca długopis wokół serdecznego palca, w lewej trzyma słuchawkę i stara się nadać swemu głosowi możliwie łagodny ton. Taki, jakiego używa się wobec małych dzieci, gdy trzeba im wytłumaczyć coś skomplikowanego. – Chodzi o poinformowanie klientów pana mecenasa ze spółki Murator, wydawcy gazety „Super Express”, że ich księgowa powinna jak najprędzej…

– Chwileczkę, już notuję. Spółka Murator, księgowa…

– Tak. Proszę, by jak najprędzej przelali na konto mojej kancelarii w Krakowie 240 tysięcy złotych. Numer konta wysłałem już państwu mailem.

– Tak… zapisuję. Mailem.

Warszawski adwokat oddzwania po paru minutach. Pyta nerwowo: „Kiedy zapadł wyrok?”. Kolega z Krakowa podaje datę. Jeszcze raz podkreśla, że orzeczenie jest prawomocne. Wdowczyk mimo wszystko próbuje odzyskać możliwość apelacji. Natychmiast wysyła do stołecznego sądu prośbę o tak zwane przywrócenie terminu. Twierdzi, że w sekretariacie w alei „Solidarności” otrzymał błędną informację o dacie rozprawy. Sekretarka miała mówić, że wokanda z 22 października ubiegłego roku jest odwołana – dlatego nie przyszedł. W efekcie nie było go również na ogłoszeniu sentencji, a co za tym idzie – nie skorzystał z prawa do złożenia odwołania.

Argumentacja nie przekonuje sądu – z akt wynika, że pełnomocnik Muratora SA był prawidłowo zawiadomiony o terminie. Wyrok przeciw wydawcy „Super Expressu” jest „do natychmiastowego wykonania”.

Na początku kwietnia spółka wypłaca siostrom pieniądze, ale nie składa broni. Redaktor naczelny „SE” Sławomir Jastrzębowski zawiadamia Centralne Biuro Antykorupcyjne o możliwości przekupstwa i wnosi o „przeprowadzenie czynności kontrolnych w Sądzie Okręgowym w Warszawie w celu ustalenia, czy powódki z Buska-Zdroju dopuściły się przestępstwa korupcji czynnej”. To znaczy: przekupiły sędziego Wagnera…

Powyższy tekst jest autorską kompilacją fragmentów książki „Tabloid. Śmierć w tytule”. Przedstawione wydarzenia są faktami. Opowieść o zemście osieroconych sióstr na redakcji brukowca – od wczoraj w księgarniach.