Około czwartej rano, z dwudziestominutowym opóźnieniem, sto paczek po pięćdziesiąt sztuk „Super Expressu” ląduje w zimnej hali przeładunkowej w Kielcach obok zbitych w sześciany numerów „Faktu”, „Echa Dnia”, „Słowa”, „Wyborczej” i kilku tygodników telewizyjnych. Zatrudnieni w tej tak zwanej zwrotnicy młodzi mężczyźni mają grube, pikowane kurtki, wełniane rękawice bez palców i czapki na głowach. Spieszą się. Zapełniają pakami gazet furgony firmy Kolporter i auta mniejszych dystrybutorów. Pojadą do Starachowic,Jędrzejowa, Pińczowa i odległego pięćdziesiąt kilometrów Buska.
Jest już świt i zaczyna prószyć drobny śnieg, gdy pierwsza paczka dzienników, w sumie czterdzieści sześć egzemplarzy ośmiu tytułów, ląduje w przedsionku całodobowej stacji Orlenu na północnym krańcu szesnastotysięcznego miasteczka.
Stamtąd samochód z gazetami i tygodnikami jedzie do niewielkiego centrum, by stawać kolejno pod sklepami spożywczymi, dyskontami i otwieranymi właśnie kioskami ze wszystkim.
Za mokrymi szybami auta przesuwają się niskie kamieniczki i parterowe domy, które równie dobrze mogłyby stać wśród pól.

Wizualizacja Tabloid. Śmierć w tytule