Proces

Skruszony gangster w służbie sądu | Echo Dnia z dnia 23 listopada 2007 roku 

Historia jak z kryminalnego filmu – sprawa zabójstwa właściciela kantoru z Buska – znalazła wreszcie finał. 

To była zbrodnia, która tragicznie naznaczyła losy wielu osób. Jedna z najgłośniejszych historii kryminalnych ostatnich lat, w której miłość przeplata się z bólem i goryczą, życie ze śmiercią. Czy udało się ją ostatecznie wyjaśnić?

Ta sprawa dwa razy wstrząsnęła Buskiem, miasteczkiem, w którym wszyscy wszystkich znają. Najpierw, kiedy rankiem 4 listopada 2004 roku znaleziono zwłoki Krzysztofa. 45-letni właściciel kantoru został zastrzelony. Ciało leżało tuż za ogrodzeniem jego własnej posesji. Zniknęło pół miliona złotych, jakie miał przy sobie. Zaczęło się śledztwo, przesłuchania, żmudna policyjno-prokuratorska robota. Ale po kolei.

NIEUDANE MAŁŻEŃSTWO

W 2002 roku rozpadło się małżeństwo Krzysztofa. Żona – Iwona – odeszła od niego. – Krzysztof wyjechał nad morze. Gdy wrócił, żony już nie było – opowiadał dużo później w sądzie jego brat. – Zabrała cenne rzeczy i pieniądze z konta.

Czemu odeszła? Z relacji bliskich wynikało, że w rodzinie – delikatnie mówiąc – nie układało się najlepiej. Później, w sali rozpraw jedna z ich córek porównała ściany rodzinnego domu do murów obozu koncentracyjnego… – Krzysztof był załamany. Miał myśli samobójcze, nie miał środków do życia – twierdził jednak jego brat. – W końcu mu przeszło. Pożyczył pieniądze, otworzył kantor. Czasem jeszcze wściekał się na Iwonę. Że dorabiał się przez całe życie, a przez nią został bez niczego.

Sąd orzekł rozwód. Małżonkowie zaczęli układać sobie życie oddzielnie. Krzysztof zakochał się, do jego domu wprowadziła się nowa przyjaciółka, Anna. Iwona otworzyła konkurencyjny kantor.

NAPAD

Jednak sprawy wcale nie układały się różowo. Na początku października 2004 roku Iwona wracała z kantoru do domu. W torebce niosła utarg, około 100 tysięcy złotych. Na ulicy napadło na nią dwóch mężczyzn. Grozili jej bronią i nożem. Próbowali wyrwać torebkę z pieniędzmi, ale im się nie udało. – Iwona była przekonana, że to Krzysztof zorganizował ten napad, że mści się na niej – zeznawał przed sądem brat Krzysztofa.

– Tak myślała na początku, ale potem się dowiedziała, że Krzysztof też dostawał telefony z pogróżkami. Doszła do wniosku, że ten napad na nią nie był z jego inspiracji – opowiadała z kolei przyjaciółka Iwony.

Ale to nie był koniec tragicznych zdarzeń w tej rodzinie. To był dopiero początek krwawej i tajemniczej bardzo historii.

ZABITY OBOK DOMU

3 listopada 2004 roku. Krzysztof skończył pracę około godz. 17.50. Zamknął kantor, który prowadził w jednym z domów towarowych. Zszedł na parking, wsiadł do samochodu, ruszył w stronę domu. – To ostatnia bezsporna okoliczność w tej sprawie – mówił sędzia Adam Kabziński, gdy w kieleckim Sądzie Okręgowym podsumowywał to, co udało się ustalić o tej historii podczas późniejszego procesu.

– To, co wiemy o następnych wydarzeniach, jest wynikiem analizy dowodów. Sąd przyjął, że około godziny 18 auto Krzysztofa znalazło się w garażu. A 30 minut później Anna, która w domu czekała na jego powrót, zaniepokojona zaczęła go szukać. A więc w ciągu pół godziny doszło do zbrodni. – W tym czasie i miejscu rozegrał się dramat – potwierdzał sędzia.

Według sądu, atak miał dwa etapy – najpierw Krzysztof został brutalnie pobity. Dopiero później ktoś strzelił do niego dwa razy. Strzały były śmiertelne. Potem ciało odciągnięto za ogrodzenie.

NIEOCZEKIWANY ŚWIADEK

Anna – jak opowiadała – przez całą noc szukała Krzysztofa, zawiadomiła o jego zniknięciu policję. Następnego dnia rano na podwórku, przed garażem, znalazła dwie łuski z pistoletu, okulary ukochanego, klucze… Wkrótce odkryto zwłoki…

Zaczęło się śledztwo. Żmudne i długie. Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony. Na początku 2005 roku do organów ścigania zgłosił się „osobnik o skomplikowanym życiorysie” – jak go określono w sądzie. Przestępca z Podhala, członek tamtejszego gangu, znanego ze swej brutalności. Bandyta, który ma na koncie sporo wyroków, a na rękach ludzką krew. Ale odkąd trafił za kraty, postanowił współpracować z policją i prokuraturą.

Zaczął sypać, nie tylko w swoich sprawach. Opowiadał też szczegóły wielu innych przestępstw, o których, jak mówi, dowiadywał się w więzieniu. I twierdził, że właśnie od kolegi z celi usłyszał relację ze zbrodni, do jakiej doszło w Busku. – Na początku nikt się jego relacją nie zainteresował – mówił sędzia. – Dopiero pół roku później podjęto czynności sprawdzające.

CELA 202

Skruszony gangster siedział w jednej celi, o numerze 202, z Norbertem Szymańskim, 24-latkiem z Buska. Ten trafił za kratki, bo wraz z żoną przyłapano go na napadzie na listonoszkę. Kolega spod celi podobno zaimponował mu swoim „dorobkiem”. – Szymański był nim zafascynowany, właśnie takim gangsterem chciał zostać – oceniał sędzia Kabziński.

Postanowił więc do swojego idola się zbliżyć. Po pierwsze – jak przyjął sąd – zaczął go namawiać na wspólne przestępstwo – porwanie syna jednego z buskich biznesmenów. A po drugie – miał mu się zwierzyć ze swojej tajemnicy – udziału w zabójstwie Krzysztofa. – Stał się ofiarą swojej naiwności. Koledze, którego uważał za swojego guru, opowiedział to, co później doprowadziło go do więzienia – podkreślił sędzia Kabziński.

ZBRODNIA NA ZLECENIE?

Według zeznań skruszonego gangstera Norbert Szymański miał mu powiedzieć, że zabójstwo Krzysztofa zleciła jego była żona – Iwona. Że w realizacji planu miały wziąć udział cztery osoby: on, jego kolega Rafał Ordak, Paweł P. oraz czwarty osobnik – nigdy nie zidentyfikowany mężczyzna o pseudonimie „Czarny” lub „Szary”. Choć Norbert Szymański nigdy nie potwierdził tych rewelacji, taką wersję przyjęła prokuratura, pisząc akt oskarżenia. Wskazane osoby zatrzymano, oprócz „Czarnego”. Trzem mężczyznom postawiono zarzut zabójstwa, Iwonie – zlecenia mordu.

Gdy Iwonę zatrzymała policja, Buskiem zatrzęsło po raz drugi. W tym momencie zaczął się kolejny dramat. Iwona od początku nie przyznawała się do winy. Mimo tego trafiła do aresztu tymczasowego. Jej serce nie wytrzymało. Umarła kilka tygodni przed rozpoczęciem procesu. Nie miała szans, aby przed sądem dowieść swojej niewinności. Związany z nią wątek tej sprawy umorzono.

CÓRKI BRONIŁY MATKI

Na każdej rozprawie sala sądowa była pełna. W sprawie było aż czterech oskarżycieli posiłkowych: matka Krzysztofa, jego narzeczona Anna oraz dwie córki z małżeństwa z Iwoną. Obie dziewczyny – choć występowały w sprawie o zabójstwo ojca – miały jasny cel: bronić dobrego imienia nieżyjącej matki. Dowiodły tego dobitnie, gdy jedna z nich wygłosiła przed sądem wzruszające przemówienie. – Dla mamy zawsze najważniejszy był człowiek, a najważniejszą wartością tu na ziemi ludzkie życie. Wiedziała, że tylko Bóg może je dać i je odebrać. Jak mogłaby chcieć śmierci ojca swoich dzieci? Jak potem mogłaby spojrzeć nam w oczy? – pytała rozpaczliwie dziewczyna. – Walczyłam o moją mamę, odbyłam wiele rozmów z prokuratorem. Podczas jednej powiedział mi, że sprawiedliwość jest dopiero po śmierci. A później mama zmarła. Gratuluję prokuratorowi takiego „sukcesu”.

PROKURATURA ZMIENIA ZDANIE

Oskarżeni o zabójstwo do winy się nie przyznawali. Ich obrońcy starali się przede wszystkim podważyć wiarygodność zeznań skruszonego gangstera, które były podstawą aktu oskarżenia. – Cyniczny morderca. Do dziś, jak mówi o mordowaniu, widać psychopatyczny błysk w jego oku. Tworzy sobie tło, aby starać się o przedterminowe zwolnienie z więzienia – tak oceniał jego motywy mecenas Przemysław Gierada, obrońca Rafała Ordaka.

Że przynajmniej niektóre tezy prokuratury zaczynają się kruszyć można było domyślić się w momencie, gdy sąd zdecydował wypuścić z aresztu jednego z oskarżonych – Pawła P. Wyszedł po zapłaceniu 150 tysięcy złotych kaucji.

W mowach końcowych obrońcy wnioskowali o uniewinnienie swoich klientów. Tak jak i oni sami. – Nie mam obowiązku dowieść swojej niewinności. To prokuratura musi udowodnić mi winę. A prokuratura nie ma dowodów i mieć nie będzie – mówił butnie Rafał Ordak.

A prokuratura pod koniec procesu zmieniła zdanie. Uznała, że nie było zlecenia na zabójstwo. – Była żona zleciła rozbój na Krzysztofie. Chciała się zemścić za to, że wcześniej została napadnięta (patrz ramka – przyp. red.). Podejrzewała, że na zlecenie eks-męża. Początkowo może rzeczywiście miała zamiar go zlikwidować. Potem jednak ochłonęła – przedstawiał prokurator swoją nową koncepcję. – Chciała, aby został pobity, porwany, nastraszony. Ale napastnicy nie poradzili sobie, ofiara się broniła. Wtedy padły strzały.

SĄD: EKS-ŻONA NIE ZLECIŁA ZBRODNI

– Sprawcy zamierzali ograbić Krzysztofa – zgodził się sąd. – Ale on się bronił, ściągnął jednemu z nich kominiarkę z głowy, zidentyfikował go. To dlatego został zastrzelony. Idąc na napad sprawcy wzięli broń. Zakładali, że jeśli zajdzie taka konieczność, będą zabijać.

Sąd dał wiarę zeznaniom skruszonego gangstera. Ale uznał jednocześnie, że w dwóch punktach został on przez Norberta Szymańskiego okłamany. Po pierwsze – co do zleceniodawcy przestępstwa. – Rozumowanie, że była żona zleciła tę zbrodnię jest w świetle zgromadzonych dowodów uproszczone i nas nie przekonuje – mówił sędzia Kabziński. – Nie miała w tym żadnego interesu. Jest rzeczą bardzo bolesną, że nie mogliśmy tego powiedzieć jej samej.

Ale jednocześnie sąd uznał, że Iwona mogła być inspiratorką jakiejś innej intrygi, która miałaby wpędzić Krzysztofa w tarapaty finansowe. Podobno przed śmiercią on wziął sporą pożyczkę. Okradziony – miałby pewnie kłopoty z jej spłaceniem.

WYROK

Drugi punkt, w którym Norbert Szymański miał skłamać, to moment, w którym oskarżył o udział w zbrodni Pawła P. – To fałszywe oskarżenie. W tej sprawie dla Pawła P. nie mam miejsca, on ma murowane alibi – uznał sąd i uniewinnił mężczyznę.

Sąd nie ustalił dokładnie, jakie role dwaj pozostali oskarżeni odegrali w tej zbrodni. Uznał ich jednak za winnych. Norbert Szymański został skazany na 25 lat więzienia. – Oddaniem strzałów obciążył on nieustalonego „Czarnego” Tylko to uchroniło go przed dożywociem – mówił sędzia Kabziński. – Nie mamy bowiem dowodów na to, że „Czarny” istnieje.

Rafał Ordak został skazany na 15 lat więzienia. – Jego rola była prawdopodobnie drugorzędna. Nie rozumiemy, dlaczego tak uparcie milczy? – zastanawiał się sędzia. Obaj mężczyźni byli już uprzednio karani. Ich obrońcy zapowiadają apelację. Nad tym samym zastanawia się też prokuratura. – Całkowicie się zgadzamy z wyrokiem. Jestem wdzięczna za przywrócenie mi wiary w sprawiedliwość – powiedziała po wyjściu z sali rozpraw jedna z córek Krzysztofa i Iwony. PS. Niektóre personalia zmieniono.

Monika Wojniak

Zródło: Echo Dnia z dnia 23 listopada 2007 roku

_________________________________________________________________________

 Jak zginął właściciel kantoru z Buska? | Echo Dnia z dnia 15 grudnia 2006 roku

Ta historia to materiał na sensacyjny film. Jest miłość, zazdrość, zbrodnia, śmierć, skruszony gangster. Tylko że film, to fikcja. A za zbrodnią, dokonaną na właścicielu kantoru z Buska kryje się tragedia wielu ludzi.

Dwie siostry z Buska często przyjeżdżają do kieleckiego Sądu Okręgowego. W dwóch toczących się tu procesach są oskarżycielkami posiłkowymi. Jedna sprawa dotyczy napadu na ich matkę, druga zamordowania ojca. Tatę straciły dwa lata temu. Mamę pod koniec września. Kryminalna historia, w która zaplątana jest ich rodzina, nadal jeszcze nie została do końca wyjaśniona.

ROZWÓD

Małżeństwo Anety i Stefana rozpadło się w 2002 roku. – Stefan wyjechał nad morze. Gdy wrócił, żony już nie było – opowiadał w sądzie brat Stefana. – Zabrała cenne rzeczy z domu i pieniądze z konta. 400 tysięcy złotych.

Podobno Stefan bardzo to przeżył. Na dodatek podejrzewał, że żona romansowała z jego bliskim przyjacielem, Piotrem.- Był załamany. Miał myśli samobójcze – twierdzi brat. – Nie miał środków do życia. Trwało to z pół roku. W końcu jednak mu przeszło. Pożyczył pieniądze, otworzył kantor. Czasem jeszcze wściekał się na Anetę. Że dorabiał się przez całe życie, a przez nią został bez niczego.

Sąd orzekł rozwód. Małżonkowie zaczęli układać sobie życie oddzielnie. Stefan zakochał się, do jego domu wprowadziła się nowa przyjaciółka. Aneta otworzyła konkurencyjny kantor.

 NAPAD

Jednak sprawy wcale nie układały się różowo. Na początku października 2004 roku Aneta wracała z kantoru do domu. W torebce niosła utarg, około 100 tysięcy złotych. Na ulicy napadło na nią dwóch mężczyzn. Według ustaleń śledztwa, grozili jej bronią i nożem. Próbowali wyrwać torebkę z pieniędzmi, ale im się nie udało. – Aneta była przekonana, że to Stefan zorganizował ten napad, że mści się na niej – zeznawał przed sądem brat Stefana.

Ale to nie był koniec tragicznych zdarzeń w tej rodzinie. Właściwie był to dopiero początek. Miesiąc później, 3 listopada 2004 roku nowa przyjaciółka Stefana zawiadomiła policję, że mężczyzna nie wrócił do domu. Następnego dnia rano kobieta przy drzwiach garażowych znalazła dwie łuski i okulary przyjaciela. Samochód stał w garażu. Przestraszona zadzwoniła po policjantów. Ciało mężczyzny odnaleziono kilkadziesiąt metrów od domu…

ZBRODNIA

Jak później ustalono w śledztwie, 3 listopada przedsiębiorca zakończył pracę około godziny 17.30 – 18. Zabrał z kantoru pieniądze i biżuterię. Później oszacowano to na pół miliona złotych. Ruszył do domu. Podobno już wtedy śledziły go dwa samochody, a w nich czwórka ludzi.

Zdaniem prokuratora atak nastąpił w momencie, gdy Stefan poszedł otworzyć drzwi do garażu. Padły dwa strzały. Jeden przebił płuco, drugi serce. Napastnicy obszukali samochód i zwłoki mężczyzny. Zabrali saszetkę z kosztownościami i gotówką, telefon komórkowy i zegarek. Wóz wprowadzili do garażu, a ciało zamordowanego zaciągnęli na przeciwległy skraj posesji.

ŚLEDZTWO

Śledztwo, które miało wyjaśnić zagadkę tej zbrodni trwało prawie dwa lata. Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony. O szczegółach zbrodni opowiedział… skruszony gangster. W więzieniu w Małopolsce siedział w jednej celi z mieszkańcem Buska Zdroju, zatrzymanym za napad na listonosza. I tenże mieszkaniec Buska miał wyznać towarzyszowi niedoli, że wraz z kolegami brał udział w zabójstwie właściciela kantoru. Ale to nie koniec. Dalszy ciąg ustaleń był wstrząsający. Otóż zabójstwo miało być dokonane na zlecenie. A zleceniodawcą miała być… eks – żona ofiary, Aneta.

Te rewelacje wstrząsnęły Buskiem i okolicą. Jedni bronili Anety, inni ją potępiali. Ona sama nie zdążyła wyjaśnić wszystkiego przed sądem. Jeszcze podczas trwania śledztwa została tymczasowo aresztowana. Podczas pobytu w celi ciężko zachorowała, przeszła zawał. Zmarła w szpitalu, kilka tygodni przed rozpoczęciem procesu.

 PROCES, A NAWET DWA

Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło trzech mężczyzn, oskarżonych o udział w zabójstwie Stefana. Jeden zresztą należy do rodziny, do Stefana mówił „wujku”. Żaden z tej trójki nie przyznaje się do winy.

Oprócz nich przed sądem odpowiada też Piotr, były przyjaciel Stefana, ten, którego biznesmen podejrzewał o romans z Anetą. Według prokuratury, on też próbował zlecić zamordowanie Stefana. – Byliśmy u niego z kolegą. Pytał nas, czy nie zgodzilibyśmy się zaj…ć właściciela kantoru z Buska – zeznali dwaj ochroniarze. W sądzie przekonywali, że rozmowę odebrali jako żart. Jednak z ich zeznań złożonych w śledztwie można było odnieść zupełnie inne wrażenie – że rozmowa była bardzo poważna. Sam Piotr nie przyznaje się do winy.

Proces nie będzie łatwy. Główny dowód w tej sprawie to wyznania skruszonego bandyty. Czy im uwierzyć? To oceni sąd.

To jeszcze nie koniec niespodzianek w tej historii. Prokuratura po latach wróciła też do sprawy napadu na Anetę. Proces w tej sprawie ruszył prawie w tym samym czasie, co sprawa zabójstwa Stefana. Spośród trzech oskarżonych o napad na kobietę dwaj to ci sami mężczyźni, którzy… odpowiadają za udział w zamordowaniu jej byłego męża.

Imiona zostały zmienione

Zródło: Echo Dnia z dnia 15 grudnia 2006 roku

_________________________________________________________________________

Rodzinna saga w sądzie | Echo Dnia z dnia 8 grudnia 2006 roku

Dwaj mężczyźni, oskarżeni o udział w zabójstwie właściciela kantoru z Buska Zdroju stanęli teraz przed sądem w kolejnym procesie. Tym razem zarzuca się im napad na… byłą żonę zastrzelonego biznesmena.

Historia jest skomplikowana. Najpierw był napad na ową żonę. Kobieta została zaatakowana 1 października 2004 roku. Napastnicy próbowali wyrwać jej torebkę, w której niosła około 100 tysięcy złotych. Według ustaleń prokuratury, grozili jej pistoletem i nożem. Napad się nie udał. Rok później, 3 listopada 2004 roku, były mąż tej samej kobiety, właściciel kantoru w Busku, został zastrzelony koło swojego domu. Skradziono mu pieniądze, około pół miliona złotych.

W ustaleniu przebiegu obu wydarzeń, które okazują się powiązane z sobą, śledczym pomogły zeznania skruszonego gangstera z Małopolski. Opierając się m.in. na jego słowach, o udział w zabójstwie biznesmena oskarżono trzech mężczyzn. A o zlecenie tegoż morderstwa – byłą żonę biznesmena. Proces w tej sprawie zaczął się miesiąc temu. Oskarżona kobieta tego nie dożyła. Zmarła na serce.

Tymczasem prokuratura przygotowała akt oskarżenia w sprawie napadu na nią. Przed sądem stanęło trzech mężczyzn. Dwaj z nich to ci sami, którzy rok później mieli rzekomo na… jej zlecenie zastrzelić jej byłego męża. Dla jednego zresztą, 26-latka, kobieta była ciotką.

Proces w sprawie napadu zaczął się w czwartek przed kieleckim Sądem Okręgowym. Dwaj oskarżeni przyznają się do winy. Zaprzeczają jedynie, że mieli przy sobie jakąkolwiek broń. Zresztą przeciwko nim są raczej mocne dowody. Otóż, jak sami to potwierdzają, czekając na ofiarę pili napoje. Gdy kobieta nadeszła, zostawili butelki i ruszyli do ataku. A na butelkach zostawili ślady DNA…

Trzeci z oskarżonych, właśnie ów członek rodziny, do winy się nie przyznaje. Według wyjaśnień jego dwóch kolegów, gdy oni napadali na kobietę, on czekał na nich w pobliżu w samochodzie.

Zródło: Echo Dnia z dnia 8 grudnia 2006 roku

_________________________________________________________________________

Rozpoczął się proces o zabójstwo właściciela kantoru w Busku-Zdroju | Gazeta Wyborcza z dnia 8 listopada 2006 roku

Dowód winy oskarżonych jest właściwie tylko jeden – zeznania „Łylego”, skruszonego gangstera z nowosądeckiego gangu zabójców.

„Łyli” to Krzysztof M., od połowy lat 90. współdziałający z gangiem „Ala Capone”. Była to najbardziej brutalna grupa przestępcza w Małopolsce, jej członkom zarzuca się m.in. dziewięć zabójstw. Z czasem „Łyli” zaczął się obawiać o swoje życie i podjął współpracę z policją. W sądzie opowiedział, jak koledzy z gangu zwabiali ofiary do lasu, mordowali, po czym zakopywali zwłoki w dołach.

Nie tylko doprowadził do skazania gangsterów z Małopolski, ale i zaprowadził przed sąd m.in. osoby oskarżone o związek z napadem na konwój bankowy w Połańcu i właśnie o zabójstwo właściciela kantoru w Busku-Zdroju.

45-letni Krzysztof M. został zastrzelony 3 listopada koło swojej willi w Busku-Zdroju. Zabójcy zabrali mu utarg – około pół miliona zł.

„Łyli” zeznał, że do zabójstwa podżegała była żona Krzysztofa M., Dorota. To ona miała wynająć wykonawców tej zbrodni – Norberta S., Rafała O. i Pawła P.

Kilka tygodni temu kobieta zmarła. Przed sądem stanęli więc wczoraj mężczyźni oskarżeni o zastrzelenie Krzysztofa M. Żaden z nich nie przyznał się do winy. – Nie mam z tą sprawą nic wspólnego – podkreślali kolejno.

26-letni Norbert S. był z rodziny Krzysztofa i Doroty M. To od niego „Łyli” miał się dowiedzieć o szczegółach zabójstwa – siedzieli w jednej celi w Wadowicach, S. znalazł się tam za napad na listonosza w Chrzanowie.

S. zaprzecza jednak że przyznał się „Łylemu” do zabójstwa.

– Mówiłem mu tylko, że zabili mi wujka – tłumaczył.

– To skąd on znał tyle szczegółów, np. dotyczących posesji Krzysztofa M.: gdzie jest garaż, gdzie są kamery na pobliskiej szkole? – pytał sędzia Adam Kabziński.

– Jego to bardzo interesowało. Pytał, to mu odpowiadałem. I on mówił, że ma pewne podejrzenie, kto to mógł zrobić – odpowiedział Norbert S.

Drugi z oskarżonych Rafał O. był wspólnikiem Norberta od napadu na listonosza.

– Od Norberta słyszałem o zabójstwie jego wujka, ja Krzysztofa M. nie znałem – wyjaśniał.

Twierdzi, że nie zna także trzeciego z oskarżonych Pawła P.

Oprócz zeznań „Łylego” dowodami są wyniki badań na wykrywaczu kłamstw. Kwestionuje je Paweł P.

– Uważam, że mogą być niewiarygodne, bo nie spałem całą noc i miałem podwyższone tętno – powiedział w śledztwie.

Rafał O. nie zgodził się na badanie.

– Bałem się, że zostanę oszukany i wynik będzie dla mnie niekorzystny – tłumaczył.

Źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 8 listopada 2006 roku

_________________________________________________________________________

Zabójcy byli wynajęci | Gazeta Wyborcza z dnia 10 sierpnia 2006 roku

Po dwóch latach zakończono śledztwo dotyczące zabójstwa właściciela kantoru w Busku-Zdroju. Ustalenia są wstrząsające: morderstwo zleciła jego była żona.

Krzysztof M. został zastrzelony przed własnym domem przy ul. Korczaka w Busku-Zdroju. Ciało znaleziono 4 listopada rano niedaleko jego willi.

Dzień wcześniej przyjaciółka, z którą mieszkał, zgłosiła na policję jego zaginięcie. Mężczyzna miał 45 lat, prowadził kantor. Tragicznego dnia wracał do domu z utargiem, miał przy sobie prawie 500 tys. zł. I to, według prokuratury, było motywem zbrodni – pieniądze zabrali zabójcy.

Trwające ponad rok żmudne śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów. Nie pomogła nawet nagroda, jaką policja wyznaczyła za pomoc w ujęciu bandytów. Sprawa ruszyła z miejsca dopiero, gdy przejął ją Wydział do spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Efektem jest akt oskarżenia, który dziś ma być gotowy. – Jeszcze w czwartek zamierzamy przesłać go do sądu – informuje Dariusz Dryjas, prokurator prowadzący śledztwo. Do tego czasu nie chce ujawniać szczegółów sprawy.

Z naszych informacji wynika, że ustalenia śledztwa są wstrząsające. Prokuratura uważa bowiem, że zabójstwo zleciła była żona Krzysztofa M, 45-letnia Dorota M., która także prowadziła kantor w Busku, i to ona również stanie przed sądem.

O zabójstwo oskarżeni zostaną trzej mężczyźni wieku 25-38-lat z Jaworzni, Chrzanowa i Buska. Prokuraturze nie udało się ustalić, jak wyglądało zlecenie tej zbrodni i jak miała wyglądać zapłata. Kobieta dotarła do nich, bo jeden z nich jest jej dalekim kuzynem. Gdy w lutym tego roku prokuratura zleciła zatrzymanie podejrzanych o zabójstwo, dwóch z nich znaleziono w więzieniu w Wadowicach, gdzie odsiadywali wyrok za napad na listonosza w Chrzanowie.

Przed sądem stanie też w tej sprawie 35-letni mężczyzna prowadzący kantor w Pińczowie. Zdaniem prokuratury on także poszukiwał zabójców, którzy „załatwiliby” Krzysztofa M. Ale nie ma dowodów, że współdziałał z byłą żoną biznesmena.

Wszyscy oskarżeni nie przyznają się do winy, twierdzą, że z tą sprawa nie mieli nic wspólnego. A dowody prokuratury to poszlaki, m.in. zeznania świadka, który ma informacje, że zbrodnia była tak zaplanowana i miała taki przebieg, a także badania na wykrywaczu kłamstw, którym poddano oskarżonych.

Źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 10 sierpnia 2006 roku

_________________________________________________________________________

Dwie kolejne osoby aresztowane w sprawie zabójstwa właściciela kantoru |   Gazeta Wyborcza z dnia 21 lutego 2006 roku

Dwie kolejne osoby aresztowano we wtorek w sprawie morderstwa właściciela kantoru z Buska Zdroju.

– To dwaj mężczyźni, został im przedstawiony zarzut zabójstwa – mówi Dariusz Dryjas z Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Obaj to mieszkańcy województwa śląskiego, 25- i 26-letni. Aktualnie odbywają karę więzienia w zakładzie karnym w Wadowicach za napad na listonosza w Chrzanowie, w chwili wydarzeń w Busku byli na wolności.

Jak ustalono w śledztwie morderstwo właściciela kantoru z Buska Zdroju to była zbrodnia na zlecenie. O nakłanianie do zabójstwa podejrzani są była żona mężczyzny i szef kantoru w Pińczowie. Oboje są w areszcie.

Sprawa dotyczy wydarzeń z 4 listopada 2004 roku. Wtedy w Busku znaleziono zwłoki 45-letniego miejscowego biznesmena, właściciela kantoru Krzysztofa M. Ciało leżało niedaleko jego willi przy ulicy Korczaka. Mężczyzna został zastrzelony. Dzień wcześniej przyjaciółka, z którą mieszkał, zgłosiła jego zaginięcie.

Od początku było wiadomo, że motywem zabójstwa były pieniądze. Tragicznego dnia Krzysztof M. wracał do domu z utargiem, miał przy sobie ponad 500 tys. zł.

Źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 21 lutego 2006 roku

_________________________________________________________________________

Morderstwo właściciela kantoru z Buska Zdroju było zbrodnią na zlecenie | Gazeta Wyborcza z dnia 21 lutego 2006 roku

Morderstwo właściciela kantoru z Buska Zdroju było zbrodnią na zlecenie – ustaliła prokuratura. Zarzuty nakłaniania do zabójstwa przedstawiono byłej żonie mężczyzny i szefowi kantoru w Pińczowie. Wczoraj zatrzymane zostały kolejne osoby.

Mieszkańcy Buska Zdroju doznali szoku, gdy 4 listopada 2004 r. znaleziono zwłoki 45-letniego miejscowego biznesmena, właściciela kantoru Krzysztofa M.

Ciało leżało niedaleko jego willi przy ul. Korczaka. Mężczyzna został zastrzelony. Dzień wcześniej przyjaciółka, z którą mieszkał, zgłosiła jego zaginięcie.

Od początku było wiadomo, że motywem zbrodni były pieniądze. Tragicznego dnia Krzysztof M. wracał do domu z utargiem, miał przy sobie ponad 500 tys. zł.

Żmudne śledztwo toczy się już prawie 1,5 roku. Buska policja i prokuratura były bezradne, bo nie znaleziono żadnych świadków. Policja wyznaczyła nawet 5 tys. zł nagrody za pomoc w ujęciu sprawców zabójstwa. To też nie pomogło. Kilka miesięcy temu sprawę przejął Wydział do spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Ustalono, że było to morderstwo na zlecenie, za którym najprawdopodobniej stali była żona Krzysztofa M. i kolega po fachu zamordowanego, właściciel kantoru w Pińczowie. – Tym osobom przedstawiliśmy zarzuty nakłaniania do zabójstwa, zostały aresztowane na trzy miesiące, więcej informacji nie możemy podać – mówi prokurator Dariusz Dryjas z Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Z naszych informacji wynika, że rozwikłanie sprawy było możliwe m.in. dzięki badaniom na poligrafie, czyli tzw. wykrywaczu kłamstw. Wczoraj w tej sprawie zatrzymane zostały kolejne osoby, najprawdopodobniej wykonawcy zlecenia.

Źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 21 lutego 2006 roku

_________________________________________________________________________

Ktoś zabił biznesmena | bogoria.pl z dnia 6 listopada 2004 roku

Znaleziono ciało zastrzelonego właściciela buskiego kantoru. Czy poszło o pieniądze? Czy to porachunki w branży?

Zwłoki niespełna 50-letniego mężczyzny, znanego w lokalnym środowisku biznesmena, właściciela kantoru, znaleziono wczoraj około godziny 8 na buskiej ulicy Korczaka. Najprawdopodobniej został zastrzelony nocą, kilkadziesiąt metrów od swego domu. W Busku huczy od plotek i domysłów.

Ciało jako pierwsze zauważyło dziecko idące do pobliskiej szkoły pod opieką dziadka. Z początku wydawało im się, że to nietrzeźwy jegomość, odsypiający zarwaną noc. Dopiero kiedy podeszli bliżej i okazało się, że mężczyzna nie daje znaków życia, zaalarmowano policję. Zwłoki znajdowały się kilkadziesiąt metrów od domu, za ogrodzeniem, w niewielkim ogrodzie. Mężczyzna leżał na trawie, twarzą do ziemi, z rozłożonymi rękami. Ubrany był na sportowo. Dopiero gdy odwrócono go na plecy, okazało się, że czymś ciężkim zmasakrowano mu twarz. Z niepotwierdzonych przez policję informacji wynika, że mężczyzna otrzymał dwa strzały w klatkę piersiową.

Zginął nocą. Kilka godzin później znaleziono jego ciało. Czy było to zabójstwo? Policja nie udziela na ten temat żadnych informacji. Jeżeli tak, to dlaczego właśnie tam – w ustronnym miejscu, w znacznej odległości od domu? Kto mógł zwabić tam biznesmena? Jedna z powtarzanych z ust do ust pogłosek mówi, że został zaatakowany na podwórzu, w pobliżu garażu. Dlaczego więc zwłoki znaleziono dalej, za ogrodzeniem? Czyżby próbował uciekać przed oprawcami? Jeśli wierzyć plotkom, właściciel kantoru miał podobno w środę pojechać do Kielc, po większą „kasę”. W domu już się podobno nie pojawił. Prawdopodobnie nie widział go też w Busku nikt ze znajomych. Porachunki w branży?

– Mieszkam na tej samej ulicy, niedaleko. Był spokojnym człowiekiem, właściwie niczym się nie wyróżniał. Dobrze żył z sąsiadami. Czy miał wrogów? Nie wiem, nie sądzę – mówił mężczyzna w średnim wieku, którego spotkaliśmy wczoraj w pobliżu miejsca tragedii. – Teraz jest tak, że jeżeli się cokolwiek robi, człowiek może się narazić. Nie od razu trzeba mieć wrogów. Po prostu „kija” znajdzie się na każdego – dodawał inny.

Zmarły biznesmen na pewno należał do ludzi majętnych. Był właścicielem dobrze prosperującego kantoru w centrum miasta, prowadził też inne interesy. O zamożności niech świadczy choćby dom w eleganckiej dzielnicy, na pierwszy rzut oka przypominający twierdzę, z „basztami” na frontonie. Czy pieniądze mogły leżeć u źródeł tragedii? A może to porachunki w „branży”? Mówi się również o wątkach osobistych. Niedawno biznesmen rozstał się podobno z żoną, by następnie związać się z inną kobietą.

Co działo się naprawdę w nocy z środy na czwartek na ulicy Korczaka w Busku Zdroju, tego jeszcze nie wie nikt. Policjanci prowadzą śledztwo. Na razie wykluczyli, by mężczyzna mógł popełnić samobójstwo.

 – Przesłuchujemy świadków, badamy każdy szczegół związany ze zdarzeniem. Bierzemy pod uwagę różne warianty, ale więcej będzie można powiedzieć dopiero wtedy, gdy będziemy dysponować wynikami sekcji zwłok – informował wczoraj wieczorem komisarz Artur Bielecki, rzecznik prasowy buskiej policji.

Źródło: bogoria.pl z dnia 6 listopada 2004 roku

Jedna myśl nt. „Proces

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *