Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Zgubne wyznania w celi nr 202

Dziś mija 10. rocznica zabójstwa właściciela kantoru z Buska. Sprawców wskazał gangster z Małopolski Krzysztof Ł.

Ta sprawa dwa razy wstrząsnęła Buskiem-Zdrojem, niewielkim miasteczkiem w woj. świętokrzyskim. Pierwszy raz ludzie byli w szoku, gdy znaleziono zwłoki znanego powszechnie Krzysztofa M., 45-letniego właściciela kantoru. Mężczyzna 3 listopada 2004 r. został zastrzelony, napastnicy zrabowali mu pół miliona złotych. Drugi raz mieszkańcy przeżyli wstrząs, gdy policja zatrzymała byłą żonę mężczyzny. I to pod zarzutem nakłaniania do jego zabójstwa.

Rozpad małżeństwa

Małżeństwo Krzysztofa i Doroty M. nie było idealne. Mąż znęcał się nad żoną i usłyszał nawet za to wyrok skazujący. Kobieta nieraz musiała uciekać z domu z dwiema córkami przed agresywnym partnerem. Była wyzywana, bita, poniżana. Gdy mąż wyjechał na wakacje, wyprowadziła się z córkami, zabrała też 49 tys. dolarów z małżeńskiego majątku. W końcu po latach koszmaru zdecydowała się na rozwód, a sąd formalnie przypieczętował rozpad związku z winy męża. Małżonkowie krok po kroku zaczęli układać sobie życie oddzielnie, choć dalej mieszkali w małym miasteczku. Krzysztof M. zakochał się i do jego domu wprowadziła się nowa przyjaciółka Barbara S. z synem z poprzedniego związku. Kantorowiec uspokoił się i nie prześladował byłej żony, choć ciągle miał jej za złe, że pozbawiła go części majątku. No i w dalszym ciągu prowadził kantor wymiany walut w Busku. 

Pierwszy napad

Dorota M. otworzyła konkurencyjny kantor, ale chyba nie zdawała sobie sprawy, że to taki ciężki kawałek chleba. I wcale nie taki bezpieczny. W październikowe popołudnie 2004 r. wracała do domu. W torebce niosła utarg, około 100 tysięcy zł, gdy w biały dzień, na ulicy napadło na nią dwóch mężczyzn. Grozili jej nożem i atrapą broni. Próbowali wyrwać torebkę z gotówką, ale im się nie udało. Kobieta była przekonana, że to były mąż zorganizował napad i w ten sposób się na niej mści. Dopiero z czasem zrozumiała, że niesłusznie posądzała partnera. 

Dwie łuski na posesji

Nie minęło kilka dni, gdy doszło do kolejnego napadu, ale tym razem pokrzywdzonym stał się Krzysztof M. 3 listopada 2004 r. po południu mężczyzna skończył pracę i wsiadł do samochodu, po czym ruszył w stronę domu. Partnerka Barbara S. jednak nie doczekała się jego powrotu. Szukała go całą noc, zaalarmowała policję, znajomych, ale bez efektu. Następnego dnia rano na podwórku przed garażem znalazła dwie łuski z pistoletu, okulary ukochanego i klucze. Pilotem otworzyła garaż i okazało się, że auto było w środku. Szybko stało się jasne, że Krzysztof M. został obrabowany, zastrzelony, a sprawcy przeciągnęli zwłoki niedaleko, bo na sąsiednią posesję. Tam je znalazła policja. Broni, z której zabito mężczyznę, nigdy nie odkryto. 

Wadowice. Cela nr 202

Zaczęło się żmudne i długie śledztwo. Pomoc w rozwiązaniu zagadki zabójstwa po kilku miesiącach przyszła z nieoczekiwanej strony. Do sądeckiej prokuratury zgłosił się Krzysztof Ł. ps. „Łyli”, wielokrotnie karany przestępca z Małopolski, członek sądeckiego gangu zabójców kierowanego przez Władysława Ch. ps. „Al Capone”. „Łyli” miał na koncie sporo wyroków, a na rękach ludzką krew, ale odkąd trafił za kraty, postanowił współpracować. Twierdził, że nie oczekuje z tego powodu żadnych korzyści, a będzie mówił prawdę o przestępstwach swoich i innych ludzi, bo przeżył „przewartościowanie moralności”. Zaczął sypać i obciążać kompanów z gangu, którzy mieli na koncie co najmniej osiem zabójstw. Opowiadał też o szczegółach innych przestępstw, o których, jak mówił, dowiadywał się w więzieniu. I stwierdził, że właśnie od jednego kolegi z celi nr 202 w zakładzie karnym w Wadowicach usłyszał relację o zbrodni, do jakiej doszło w Busku. Prokurator w Sączu odnotował jego relację i stosowne dokumenty wysłał do kolegów z Buska. Tam jednak rewelacji skruszonego gangstera nie potraktowano poważnie. Przesłuchano Krzysztofa Ł., ale miesiąc później sprawę zbrodni na kantorowcu umorzono z powodu niewykrycia sprawców. Dopiero po wielu miesiącach przyszło otrzeźwienie i prokuratorzy sięgnęli do zeznań „Łylego”. 

Plan porwania dziecka

Sprawdzono, że faktycznie Krzysztof Ł. kilka miesięcy siedział w celi z 24-latkiem, który pochwalił mu się dokonaniem wielu przestępstw. Norbert S. odbywał karę za napad na listonoszkę w Chrzanowie. Młody chłopak był zafascynowany osobą „Łylego”. W 28 listach do żony pisał m.in., że ufa mu bezgranicznie, pożycza od niego drogie perfumy marki Hugo Boss, cieszy się, że ma takiego kompana i że takim sławnym bandytą sam chciałby zostać. Zaczął namawiać „Łylego” do wspólnego przestępstwa, czyli porwania 10-letniego syna biznesmena z Buska. Był przekonany, że kochający ojciec będzie skłonny zapłacić nawet milion dolarów okupu za dziecko. Wyobrażał sobie, że uprowadzenia dokonają, będący na wolności, wspólnicy „Łylego”. By zyskać jego zaufanie, Norbert S. zwierzył mu się ze swojej największej tajemnicy. – Byłem przy zabójstwie właściciela kantoru w Busku – nie krył. Według jego relacji, wykonanie zbrodni zleciła była żona zabitego – Dorota M. Kierowała się m.in. chęcią zemsty za lata znęcania. W realizacji planu wzięły udział cztery osoby: Norbert S., jego kolega Rafał O., 23-letni mieszkaniec Chrzanowa, oraz znajomy Paweł P., szef ochrony w pewnej dyskotece, a także czwarty osobnik, niezidentyfikowany mężczyzna o pseudonimie „Czarny”. Choć Norbert S. nigdy nie potwierdził tych rewelacji „Łylego”, to taką wersję przyjęła prokuratura, pisząc akt oskarżenia. Wskazane osoby zatrzymano, prócz nieuchwytnego „Czarnego”. Trzem mężczyznom postawiono zarzut zabójstwa, Dorocie M. – zlecenia zbrodni. Gdy kobietę zatrzymała policja, opinia publiczna w Busku po raz drugi była w szoku. 

Zarzut i śmierć w celi

Dorota M. konsekwentnie nie przyznawała się do winy. W areszcie tymczasowym zachorowała. Jej serce nie wytrzymało i zmarła kilka tygodni przed rozpoczęciem procesu. Jej sprawę umorzono. O dobre imię matki zażarcie walczyły jej dwie córki. Doprowadziły do tego, że sąd, wyrokując w sprawie zabójstwa Krzysztofa M., przyznał, że nie ma dowodów, iż zleciła je Dorota M., a motyw zemsty jest niewiarygodny. Oskarżeni Norbert S., Rafał O. i Paweł P. nie przyznali się do winy. Ich obrońcy starali się przede wszystkim podważyć wiarygodność zeznań skruszonego gangstera, które były podstawą aktu oskarżenia. W pewnym zakresie się to udało. Sąd przyjął, że Krzysztof Ł. pomylił się w dwóch sprawach. Po pierwsze, że w zbrodni maczała palce była żona zabitego oraz że z zabójstwem ma coś wspólnego oskarżony Paweł P. Ten mężczyzna został uniewinniony, bo – jak się okazało – miał murowane alibi.

Druga tajemnica

Co ciekawe, w trakcie procesu wyszło na jaw, że to Norbert S, Rafał O. i trzeci wspólnik dokonali wcześniejszego napadu na Dorotę M. i próbowali wyrwać jej torebkę ze 100 tys. zł. Za to usłyszeli wyroki, choć nie tak surowe: Norbert S. sześciu i pół roku więzienia, a jego wspólnik pięciu lat i pięciu miesięcy. Dzięki zeznaniom skruszonego „Łylego”, Norbert S. został też skazany za nakłanianie do porwania 10-letniego syna biznesmena z Buska i za mniejsze przestępstwa. Dwa procesy sprawców W pierwszym procesie o zabójstwo kantorowca kielecki sąd skazał Norberta S. na 25 lat, a Rafała O. na 15 lat więzienia, ale ten wyrok się nie utrzymał. Przy ponownym rozpoznaniu sprawy zapadły już niższe kary. Prawomocnie Norbert S. za brutalny napad na kantorowca został skazany na 15 lat więzienia, Rafał O. na 12 lat pozbawienia wolności. Sąd ostatecznie przyjął, że ci dwaj sprawcy zamierzali tylko ograbić Krzysztofa M. z gotówki, zadali mu nieustalonym przedmiotem cztery mocne uderzenia, które spowodowały pękniecie czaszki ofiary. Kantorowiec skutecznie się bronił. W trakcie szarpaniny ściągnął „Czarnemu” czapkę z głowy. 

Strzelał „Czarny”

Wtedy bandyta z bliska oddał dwa strzały z broni palnej w klatkę piersiową pokrzywdzonego. Ranny przeszedł jeszcze kilka kroków i upadł. Tak zeznał Krzysztof Ł. i tę relację potwierdziła opinia biegłego. Skąd skruszony gangster mógł to wiedzieć? Tylko od bezpośredniego sprawcy, który był na miejscu, czyli od Norberta S. Przyjęto, że strzały z broni oddał tajemniczy osobnik ps. „Czarny”, a Norbert S. i Rafał O. dokonali brutalnego rozboju i zabrali gotówkę. Nie usłyszeli wyroku za zabójstwo, bo sąd przyjął, że może za nie odpowiadać jedynie „Czarny”. Policjanci w śledztwie wytypowali mężczyznę, który w Kielcach nosił taki pseudonim i był synem właściciela innego kantoru, ale nie postawiono mu zarzutów. Było zbyt mało dowodów, by kierować sprawę przeciwko niemu do sądu. 

Czytaj więcej: http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3631838,zgubne-wyznania-w-celi-nr-202,id,t.html?cookie=1